Highway to Hel


Wstyd i hańba! Tak, tak dokładnie WSTYD i HAŃBA!! Nie dość, że sama mam w sobie ogromniaste pokłady wyrzutów sumienia, to jeszcze zaczyna mi tam dokładać ich mój Kierownik. Chylę czoła, błagam o wybaczenie i już szybciutko zaczynam rehabilitację mojego twórczego ego.... No wstyd mi... Zapodziały się gdzieś moje rozważania, zatopiły w odmętach kasku i na nowo muszę je wyciągać, żeby móc się z Wami podzielić Piekielnymi podróżami :)
A wszystko zaczęło się od... Bożego Ciała. No jak nie patrzeć od kilku lat Boże Ciało celebrujemy tocząc się po ścieżkach naszej ojczyzny zaliczając to co chwila jakieś procesje i delektując się sypanymi pod koła kwiatami. Kilka dni przed dostałam cynk jak M&Msy - pakuj się do bagów jedziemy gdzieś. I to GDZIEŚ to dla mnie do samego końca słowo klucz - bo jak na babę przystało ciekowość rozwikłania GDZIESIA rosła z każdym momentem. No ale dobra pakujemy się. Wyjazd w środę. Jak sobie tylko pomyślę o korkach... Autostrada na północ... Nawet luźno i.... nie w porę ta myśl przebiegła się urodziła, bo nagle jak za sprawą magicznej różdżki złowrogiej wróżki wszystko zwolniło i stanęło. A ja nawet nie wiem gdzie jadę! Upał, że nawet okulary mi się pocą, a szans na rozładowanie sznureczka puszek nie widać. Kierownik czuje, że tez się poci i jakby nie patrząc stać nie będzie. I chociaż nie jesteśmy zwolennikami jazdy poboczami czy ciśnięcia się pomiędzy tunelem życia, tak chyba upał dał się we znaki bo powoli ruszyliśmy między puszkami w stronę bramek. Chciałam tutaj zaznaczyć, że kultura jazdy naszych kierowców szczelnie pozamykanych w klimatyzowanych konserwach jest coraz wyższa. Bardzo dziękuję za to, że pozwolili nam jechać środkiem i ustępowali miejsca. Przez te kilka kilometrów do bramek żaden kierowca, ŻADEN nie zajechał nam drogi, nie stanął w poprzek, nie udawał, że nas nie ma. Zdarzali się też tacy, dla których LwG czy ok nie są obcymi gestami. Bardzo dziękujemy!
Wracamy do GDZIESIA. Wciąż na północ, motocykli jak na lekarstwo, bo pogoda to wszystko na winkle górskie ciągnie, a nie na płaską północ. Rany gdzie my jedziemy? I nagle oczom naszym ukazało się... Kutno. Hmmm.... nie żebym cos miała do Kutna, bo nawet nie zdążyłam go sobie zobaczyć - kolacja, drink, sufit i tyle - ale co my ty będziemy robić? Okazało się, że tylko spać i lecimy dalej.
O poranku GDZIEŚ zaczynał przybierać realną postać Torunia! Hurrra zawsze marzyłam, żeby nawpychać się pierniczków toruńskich, a potem cierpieć niemożebnie, ale co tam Toruń chcę zobaczyć! No jakże się zdziwiłam, kiedy zjazd z autostrady na Toruń zostawiliśmy za sobą i mknęli dalej. Malbork!!! Nie.... Też nie... No to już nie wiem co on chce. Ale na pewno nie będzie to dno i wodorosty tylko cos fajnego.
Gdańsk! Ten też został za nami i wciąż lecimy dalej. Lecimy do może zbyt dużo powiedziane, bo korek jak nas trafił w okolicach Redy. MASAKRA!!!! No ale już wiedziałam, że to nasza Highway to Hel. Upał przeokropny, asfalt się jara a ja razem z nim, na skórze można smażyć jajka, kask się topi... umieram. I nagle pojawia się dobroduszny rozdawacz ulotek i oprócz ulotki do knajpy, do której nigdy nie dotrę daje nam lodowate puszki Liptona! Zbawco! Uratowałeś nam życie. 
Droga z Kutna do Redy trwała tyle co z Redy na Hel.
 
Hel... Na mapie taki malusi cycek, a jechało się i jechało i jechało.... I nagle skończył się ląd :) Ot jesteśmy na końcu Polski. Fanie tu. Ludzie się błąkają, błękit nieba, krzyczące mewy, zapach morza miesza się ze smażoną rybą, stragany uginają się od bibelotów rodem made ich China ot polskie pomorze.

Koniec Polski zaliczony, flądra zaliczona choć jadałam lepsze jej wykonanie. A teraz relaks w Juracie. Uroczy hotelik. Molo. Urocza plaża... i jak zwykle zimna woda w Bałtyku :) I taki nasz MotoRomantyzm....
 
Wiecie.... lubię takie niespodzianki :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz