VIII Zlot Wilkowyjski

Rok odliczania minął jak z bicza strzelił. Jakoś tak się u nas utarło, że sezon oficjalnie zaczynamy z wielką pompą w paradzie wilkowyjskiej bujając się uroczo za księżmi motocyklistami inicjatorami tej jakże fantastycznej zloto-imprezy. To nasze 3 rozpoczęcie sezonu. O dwóch pierwszych proponuję sobie przypomnieć tutaj.
Zastanawiałam się całą drogę czym tym razem nas zaskoczą Ksiądz Michał i Ksiądz Darek. Czy można być bardziej ludzkim, ciepłym, życzliwym? Można! Jakimi muszą być, właściwie jakimi są, wspaniałymi ludźmi, że potrafią porwać tłumy motocyklistów mimo, że za rogiem trwają inne zloty, jak potrafią zarazić swoim entuzjazmem parafian, którzy z roku na rok coraz tłumniej angażują się w Zloty Wilkowyjskie. I to jest właśnie sedno dzisiejszych ochów i achóch na temat Wilkowyj. Już na Mąkołowcu, wzdłuż drogi do Kościoła Św. Ojca Pio parafianie ustawili stoliki z kawą, herbatą, wodą i ciastem w myśl chrześcijańskiego "nakarmić głodnego, napoić spragnionego". Udało nam się załapać na ostatni kawałek ciasta chyba marchewkowego. Było jak niebiańskie obłoczki - cudownie puszyste. I tylko niesmak, że ostatni kawałeczek :( Nauczka na przyszłość - przyjechać wcześniej :) Wszędzie balony, baloniki, parafianie machający na dzień dobry. Ot taka domowa atmosfera....
A na Wilkowyjach jak...? No co tu dużo dyskutować ludzie życzliwi, pełni ciepła i pomocy. Otworzyli swoje domy, swoje wypieszczone, równo przystrzyżone ogródki pozamieniali na parkingi dla motocyklistów. A żeby nie zniszczyć tych angielskich muraw do dyspozycji były deseczki pod stopki. Wszędzie uśmiech. Rany jakbym była w innej bajce....

A msza...? Po prostu świetna. Była taka jaka powinna być, z zostawionymi poza drzwiami poglądami, upodobaniami, sympatiami. W ławkach siedzieli pasjonaci częściowo przepleceni miejscowymi parafianami. Jak zwykle Ojcze nasz zatrząsnął murami, a w górę urósł las lewych rąk. Kazanie skierowane do nas ukołysało nas jak najlepsze winkle, a widok kasków okalających ołtarz - bezcenny. Nikt nie grzmiał z ambony wyklinając grzeszników, nikt nie agitował, nie siał zgorszenia. Oczy miałam pełne łez przy "proszę o błogosławieństwo, komunii przyjąć nie mogę"... Zresztą prawie całą mszę starałam się nie rozryczeć. Dobrze, że msza zdążyła się skończyć zanim kanaliki łzowe puściły. Na takie msze to ja mogę chodzić codziennie.
Jak już kanaliki łzowe się uspokoiły to intensywnie zaczęły pracować ślinianki na myśl o grochówce. Mamo przepraszam, ale to najcudowniejsza grochówka ever! 
Było genialnie, mega, bosko, o bosko to dobre słowo idealnie pasujące :) Dziękujemy.

Księże Darku co do Twoich marzeń to jak mówi nasze moto-motto  If you can dream it, you can do it. Do działa :)

A potem pomknęliśmy.... a to już w następnym poście :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz