VII Zlot Wilkowyjski

6 maja 2017 - VII Zlot Wilkowyjski. Nie może nas zabraknąć! Z Mysłowic do Tychów mamy jakieś 25 km, ale tym razem droga to Tychów zajęła nam 6 dni i 1800 km. O tym dlaczego tak opowiem później. Pozwólcie, że zaczniemy od końca. Od VII Zlotu Wilkowyjskiego. 

Około 9.30 wyjechaliśmy z Dzięgielowa, żeby na 11.00 dotrzeć na Mąkołowiec, żeby móc uczestniczyć w paradzie. Pogoda nas nie rozpieszczała, siąpiło, mgliło, wszędobylska wilgoć, a do tego jeszcze strzeliły bezpieczniki, więc trochę czasu trzeba było odjąć na szybką rekonstrukcję. Wyjątkowy ruch jak na sobotę, a my przyzwyczajeni przez ostatnie dni do kompletnego braku ruchu. 11.00... 11.03... 11.07... czas nieubłaganie płynął, a Tychy dopiero wyłaniały się na horyzoncie. Niestety nie udało się nam dotrzeć do Mąkołowca... Już zastawiali skrzyżowanie, już ręka policjanta unosiła się w geście "STOP", już z oddali mruczały maszyny, a my myk i zdążyliśmy się dołączyć do parady. Serce się cieszy! Znowu w tym znamienitym towarzystwie jazda na Wilkowyje. Ten mruk silników, ta różnorodność form i treści, te kolory, style powoduje, że krew szybciej krąży w żyłach, a to dopiero początek.
Pamiętacie ubiegłoroczny Zlot Wilkowyjski i, jak to dzisiaj ks. Michał powiedział, "kompletną siarę"? /dla przypomnienia post/. Wtedy zostaliśmy poszatkowani jak kapusta na jesieni do kiszenia, dotarliśmy w grupkach, część w trakcie mszy, część wcale. Tym razem organizatorzy, policja, straż miejska stanęli na wysokości zadania. Od początku do końca jedna zwarta grupa brzęczących motocykli. Jazda po prostu poezja! Aż czułam pod stopami lekkie smyranie ;)
Na Wilkowyje dotarliśmy w jednym kawałku - paradę mam na myśli, poszukiwanie miejsca, ale jak zwykle można było liczyć na dzieciaki z klasy mundurowej Gimnazjum nr 1 w Tychach. Już na parkingu dało się czuć niesamowitą duchowość tego miejsca. Motocykliści przechadzali się z prawa na lewo, wchodzi do kościoła, szli na "zaplecze", oglądali maszyny. Dla mnie wszystko działo się w zwolnionym tempie, jakbym była przeklejona z innej bajki, przeniesiona w czasie. Miliony szczegółów wciskało się w moją pamięć, słowa uciekające bliższe i dalsze, zapach spalin, skóry, wilgotnej ziemi pomieszany z zapachem kwitnących jabłoni dolatujący z pobliskich ogródków. 
12.00... dzwony zaprosiły na mszę. W kościele tłum. Setki osób, które łączy jedno - miłość do motocykli. W pamięci wciąż miałam ubiegłoroczną mszę wilkowyjską, taką normalną, taką duchową, taką z przesłaniem do nas motocyklistów. Hmmm.... Ks. Michał, Ks. Darek oraz pozostali księża spowodowali, że moje wewnętrzne duchowe ja znowu poczuło się wyjątkowo dowartościowane. I choć było nas mnóstwo miałam wrażenie, że zwracają się do mnie, że napełniają mnie modlitwą i przesłaniem bezpieczeństwa. A kazanie o drodze było po prostu majstersztykiem. To była msza, a nie ambona polityczna. Nie było znaczenia czy jesteś biały czy czarny, czy z prawa czy z lewa, czy jeździsz HD czy Yamahą, czy... czy... czy... Jednakże wisienką na torcie było to, że każdy kto z różnych przyczyn nie mógł przystąpić do komunii mógł podejść do księdza, przyłożyć palec do ust co było znakiem, że "proszę o błogosławieństwo, komunii przyjąć nie mogę". Z różnych przyczyn komunii przyjąć nie mogę, ale po błogosławieństwo poszłam. Nie umiem opisać co czułam. To było NIESAMOWITE! Dużo bardziej emocjonalne niż przyjęcie eucharystii. Może dlatego, że ktoś nie wyklął mnie z powodów ogólnie przyjętych za "niekatolickie", może dlatego, że jestem człowiekiem, że mam prawo być w kościele, modlić się tak jak Ci wszyscy, którzy nie połamali 10 przykazań.
Takich mszy, takich księży powinno być więcej, a może po prostu źle szukamy.  
 
No i zaczęła się zabawa :) Zasłużenie po kilometrach, po mszy czas na najlepszą na świecie grochówkę :) Cały rok czekania i jest! Wilkowyjska grochówka, pogaduchy z przyjaciółmi w akompaniamencie muzyki. Tym razem nie było akcji alkogogle, ale można było posłuchać o pierwszej pomocy, poćwiczyć akcje ratunkowe i wspomóc Świetlikowo. Świetlikowo to jeden z niewielu w Polsce bezpłatnych Ośrodków dziennych dla nieuleczalnie chorych dzieci. Już nie pierwszy raz motocykliści z Tychów i okolic pomagają dzieciom. Oby więcej takich akcji :)
Do domu wróciliśmy pełni wrażeń, nadziei i spełnienia.
Dziękujemy.
ps. Ks. Darku w nawiązaniu do pytania "dlaczego motocykliści się nie uśmiechają" to muszę niestety zaoponować - ja uśmiecham się całą trasę, ot tak bez powodu do innych motocyklistów, do kierowców, do przechodniów. Dlatego jeśli spotkasz na trasie uśmiechniętego Plecaczka to znaczy, że to ja :)

3 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. I ja też, jako Kierownik, uśmiecham się do "przechodniów".

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajna sprawa taki zlot. U mnie w miasteczku to tylko parada idzie raz w roku przez najdłuższe ulice i tyle :P


    ___________________________
    https://motomoda24.pl/

    OdpowiedzUsuń