Gwiazda pod Racławicami

Za oknem zima szaleje więc postanowiłam wrócić do lata i powspominać kilka ostatnich tras. Tak jakoś wyszło w tym roku, że upodobaliśmy sobie świętokrzyskie i północną część Małopolski. Ani to daleko ani blisko tak w sam raz na szybki weekendowy wypad z relaksem. Karina latających scyzoryków jest po prostu pięknie malownicza. I nie ważne, że nie ma gór strzelistych, ośnieżonych i groźnych. Są za to kieleckie fale o czy rozpisywała się brać fotograficzna nazywając to Kielecką Szkołą Krajobrazu. Urzekały  nas pagórki malowane całą paletą zieleni i brązów. Miałam wrażenie, że kołyszą się tak samo jak my na tych kieleckich wstążeczkach. A jak już wiecie wybieramy bardziej drożynki niże autostrady więc i tym razem błąkaliśmy się wśród pół malowanych zbożem rozmaitem jak mawiał wieszcz. 
W tym roku trzy razy przemierzyliśmy świętokrzyskie plus dwa raz w wakacje, ale to konserwą więc się liczyć nie powinno.
 
Zapach lawendy
Pierwszy nasz wypad pachniał lawendą już od samego początku. Trasa biegła z Mysłowic przez Opatowiec aż do Muszyny bo rano po słodkim lenistwie przelecieć się słowacką Route 66. Zanim jednak dostaliśmy do Opatowca pokręciliśmy się wioskami by dotrzeć i zanurzyć się w małopolskiej Provance - Ostrowie. 5zł za wejście na pole, tak w Małopolsce wychodzi się i chodzi po polu, i jesteś w Ogrodzie pełnym lawendy. Ciągnące się rzędy kwiecie, pachnące, byczące milionami pszczół obładowanych pyłkiem i... miliony ludzi łażących miedzy grządkami, żeby sobie sweet focie pocykać, sesję ślubną zaliczyć, dzieciakom pamiątkę zrobić, chociaż patrząc na miny dzieciaków ustawianych w klombach to raczej pamiątka dla rodziców. A że u nas nie jest to tak popularne jak we Francji więc sięgają tutaj pielgrzymki z okolic wszelakich. Pola lawendy ciągną się w górę zobacz i podobno dalej, ale ponieważ jazda na motocyklu ciągnie bardziej niż długie spacery pomiędzy grządkami więc.... wszystko w  temacie.  Zapach lawendy jest wspaniały, ale... z umiarem. Niestety nieopacznie włożyłam sobie bukiecik do kasku niby tak na momencik... niestety wszystko przesiąkło tym zapachem i w drodze przez chwilę czułam się jakbym była molem na wytępieniu w ciocinej szafie. Już wiem czemu one od tej lawendy padają. Kumulacja zapachu jest zabójcza. Nigdy więcej lawendy w kasku! Przeżyłam.
 
 
 
Opatowiec znam jeszcze z dzieciństwa kiedy to z babcią jeździłam do jej przyjaciółki Pani Peli, która za płotem swojego ogródka hodowała najwspanialsze na świecie słoneczniki i orzechy. Boże jakie one były pyszne!!! Tam też biegaliśmy nad rzekę, a właściwie nad rzeki łapać turlające się z rynku  kasztany. Opatowiec to mała mieścinka, ale ma niewątpliwą zaletę - można tu w jednym miejscu przekroczyć aż dwie polskie rzeki - Wisłę i Dunajec i dwa województwa świętokrzyskie i małopolskie. To właśnie tutaj Dunajec wpada do Wisły, a można to obserwować przeprawiając się z brzegu A na brzeg B promem. Naprawę widać miejsce styku tych dwóch rzek. Gwiazdą jeszcze nie jechaliśmy po rzece - nie liczyć oberwania chmury, ale wtedy to każdy po rzekach jeździ. Na szczęście tym razem to były jedyne rzeki jakie przekroczyliśmy suchą nogą.
 

Po prawej Wisła, po lewej Dunajec

 
 
Mały kawałek świętokrzyskiego zostawiliśmy za sobą żeby wrócić do Małopolski i ciąć na Zakliczyn, Gródek nad Dunajcem, Krynicę ku Muszynie. Tam czekał na nas relaks, kolacja i nabieranie sił na Słowację. Ostatnio jak byliśmy nie udało nam się upamiętnić więc tym razem konieczne było powtórzenie trasy żeby móc zrobić sobie fotkę pod znakiem. Może to będzie dobry zwiastun na zaliczenie pramatki amerykańskich dróg Route 66. A do tego co chwila nas zachęcają coraz to nowszymi artykułami o zamorskim raju amerykańskich chopperów znajomi, których marzenie o Route 66 się już spełniło. Co prawda nie na dwóch a na czterech kółkach, ale przecież to nie ważne.
 
 
 
 
 
 
Zapach konopi
Druga nasza wyprawa w świętokrzysko-małopolskie zahaczała o wizytę u przyjaciół w Nakle, którzy od kilku lat zajmują się hodowlą konopi. Uprzedzając Wasze pytania - TO NIE TA KONOPIA, o której myślicie. To najzwyklejsza konopia do najzwyklejszego użytku przemysłowego. Służy do wyrobu oleju, kosmetyków, odzieży, budowlanki. Tak, tak  zwyczajne zielsko, które można wykorzystać w jaknajbardziej zwyczajny sposób. Oczywiście u Marzenki zawsze dostaniemy gorąca kawę, coś słodkiego, tym razem świeżo zebrane maliny. Szkoda tylko, że czas nam nie pozwolił rozegrać turnieju w podkowy. Jeszcze trochę przerwy i wyjdziemy z wprawy, a wtedy Kehrt nas złoi jak nigdy i będzie bolało.
 
 
 
 
Po jakże pysznej kawie z malinami potoczyliśmy się sznureczkami dróg w kierunku Dosłońca. Pola... pola... pola... wszędzie pola... takie spokojne, łagodne, zielone. Koiły mój zszargany tygodniem pracy układ nerwowy. Każdy nerw mojego ja się właśnie wyciszał. Im dalej w pola tym spokojniej na ciele. Ciekawa zależność. Musze to sprawdzić w kolejnym sezonie :) Najpierw dać się wku... rzyć, a potem sprawdzić czy mnie ukołysze i uspokoi jazda. Do Dosłońca doprowadziło nas oczywiście słońce. Hotel w szczerym polu za to ze wszelkimi wygodami na styrany robotą kręgosłup. I co najważniejsze wciąż podają tam lody smażone! Taki babski kaprys na wieczór.

Rano znów słońce i jakoś tak dziwnie od rana tłumy ciągnące do hotelu. Sprawdziłam - niedziela. Na wesele dziwnie, a na chrzciny na dużo. Idą i idą i jadą i znów idą. Spadamy bo nie wyjedziemy potem jak pozajmują parking. Auta, auteczka, autokary. I tak w szczerym polu? Decyzja - jedziemy co tak będziemy w tłumie siedzieć. Pogoda piękna czas na pomykanie do domu. Oczywiście będąc na polach krwią kosynierów splamioną nie sposób nie odwiedzić kawałka racławickich pomników. Małe spojrzenie wstecz na historię kosą pisaną pod pomnikiem Głowackiego i u stóp Kopca Kościuszki, ale tego w Racławicach.
 
 
 
 
 
Zapach Tennessee
Przedostatni piękny weekend października znowu wywiało nas w świętokrzyskie. Postanowiliśmy zamknąć sezon. Tak wiem, można było jeszcze w listopadzie pomykać, ale my już wiedzieliśmy, że listopadowe weekendy będą niestety pracujące i na jakiekolwiek śmiganie czasu nie będzie. Tak więc decyzja podjęta sezon żegnamy w Kielcach, potem odstawiamy na garaż do wiosny Gwiazdę i wspominamy sezon myśląc już o następnym. Do Kielc droga słoneczna piękna i w miarę szybka. Jakoś tak na Szczekociny a potem starymi drogami na Kielce by tutaj odpocząć, upić się z rozpaczy nad ostatkami sezonu i powoli wrócić do domu. Ot taki ostatni komin sezonu. A jesień taka piękna. Na powrót niebo zaczęło się solidaryzować z nasze rozpaczą z końca jazdy i od Pieskowa Skały płakało razem z nami. Ale tak okrutnie żal mu było, że skończyło dopiero gdzieś koło wtorku. Umorusani błotem, przemarznięci, sztywni dotarliśmy do końca sezonu.
Żal było zostawiać ją w garażu, ale stoi w dobrym miejscu, a odwiedzamy ja regularnie. Brat dziękuję za zimowanie :)

Sezon się dla nas skończył szczęśliwie. Tyle samo powrotów co wyjazdów. O podsumowaniu napisze niebawem. 
 

1 komentarz:

  1. Lawendowe zdjęcia - przepiękne. Musimy tam zajrzeć w tym roku. W poprzednim nawet kręciliśmy się po okolicy przy okazji powrotów z Podkarpacia, ale do małopolskiej Prowansji nie trafiliśmy. W okolicach polecamy Zalipie, jeśli jeszcze nie widzieliście. :) https://mototrasa.pl/z-rzeszowa-do-katowic-nie-tylko-autostrada

    OdpowiedzUsuń