Deszczowa piosenka

Zapewne kojarzycie  słynna piosenkę Gene'a Kelly'ego - Singin' in the Rain. Śpiewa tam w radosnym uśmiechu z cieknącymi strużkami wody z kapelusza, jaki to on szczęśliwy, ile to ma słońca w sercu i jak bardzo mu dobrze. Niech chmury burzowe wszystkich przegonią i niech sobie pada, a on sobie pośpiewa i potańczy ba nawet postepuje. Niby nic w tym strasznego, niby nic złego, a jednak jak się siedzi w siodle, a nie owija wokół latarni z czarnym parasolem perspektywa radości w sercu nieco się spłaszcza. Pogoda za oknem zainspirowała mnie do wspomnień z pewnego weekendu, który zaczynał się przefantastycznie, a z każdym kilometrem wszystko stawało na głowie.
Tak bardzo chciało nam się pobłądzić po okolicach Niedzicy, objechać jezioro i popodziwiać Tatry, a wieczorem zasiąść na balkonie z napojem bogów w szklance i relaksować zmęczone ogonki w basenie. Na początku wszystko szło jak po maśle. Pogoda słoneczna, błękitne niebo, lekki wiaterek. Przed nami cudownie nakreślona trasa, kręta i widokowa. Kraków...Niepołomice... Krościenko... Niedzica... Czorsztyn ehh te plany.
Zaczęło się jak wspomniałam pięknie. Objazdówka Krakowa wprost w objęcia Puszczy Niepołomickiej. Jak Niepołomice to i Zamek. Piękny krużgankowy dziedziniec, kawa z widokiem na armaty. I tutaj pierwszy zonk. W Zamku ślub za ślubem, jakaś konferencja, turyści i zarezerwowane restauracje. A kofeina potrzebna jak nigdy bo coś mi ciśnienie nie halo. Trudno nie będzie kawy na zamku będzie na rynku. I chyba dobrze, bo było na co popatrzeć. Piękny rynek, orszak weselne, zamek w oddali i.... czarne chmury na horyzoncie. Czas uciekać do Czorsztyna.
 
 
 
 
 

I uciekaliśmy... uciekaliśmy... uciekaliśmy i.... dogoniło nas pod Krościenkiem. Ostatnie kilometry zamiast lecieć płynęliśmy, a zimne strugi deszczu wkradały się w każdy zakamarek. A że wszelkie anomalie powodują u mnie ataki śmiechu zamiast nerwowości to te ostatnie kilometry przechichrałam się niemożebnie, akcentując każdą kroplę wpijająca się w ciało. Pomiędzy jednym hahahaha a drugim hihihihihi zastanawiałam się jak się dosuszymy, jak się dowleczemy na kolację, może bardziej w czym się dowleczemy. Chyba jednak trzeba zainwestować w pelerynki, kombinezonki i wyglądać jak Pi i Sigma, ale co tam nie będzie mokrych gaci.
 
W hotelu na baczność, mimo zachęt do siadania, poprosiłam o możliwość dostania żelazka do pokoju. Ot będę cały wieczór/noc suszyć galoty. Na szczęście obsługa hotelu była cudownie miła i uprzejma i dostaliśmy do pokoju żelazko, deskę do prasowania, szlafroki, kolacje. A na dodatek pokój posiadał klimatyzację. W pokoju zrobiliśmy saunę i zaczęło się suszenie skór. Do rana dużo czasu :)
 
 
 
Deszcz zelżał nieco a oczom naszym ukazały się Tatry.
Rano już nie padało, ale było pochmurno. Cichy suche, suchutkie, suchutenkie można jechać dalej. Zgodnie z planami choć w odwrotnej kolejności objechaliśmy Jezioro Czorsztyńskie zahaczając o Zamek w Niedzicy. I nie weszliśmy na Zamek bo jakiś cieć parkingowy powiedział, że parking jest tylko dla samochodów i my motocyklem nie wjedziemy i koniec. Bywają buraki i co zrobić. Potem już tylko bujanie do domu. Trasa fantastyczna, widoki boskie. Szkoda tylko, że pochmurność nie pozwoliła pokazać mocy i wielkości gór. Znaczy trzeba powtórzyć :)
 
A do domu wróciliśmy w pełnym słońcu.
   

1 komentarz:

  1. Oj my w tym sezonie niejednokrotnie mokliśmy, żeby nie powiedzieć, że prawie zawsze :D Już przywykliśmy hihihi Pozdrawiamy :)

    OdpowiedzUsuń